Pochodzenie zarośli wiecznie zielonych

Pochodzenie zarośli wiecznie zielonych

Garrigue i inne typy zarośli rejonu śródziemnomorskiego nie są już tak gęste i rozległe jak niegdyś. W dawnych czasach tereny te porośnięte były lasami dębu ostrolistnego, chruściny jagodnej, sosny, dębu korkowego i ciernistej dzikiej oliwki o małych owocach. W lasach tych żyły muflony i dzikie kozy, a nawet lwy. Człowiek zaczął jednak niszczyć te zbiorowiska już ponad 8000 lat temu. Wobec gospodarki pasterskiej i rolniczej oraz nasilającego się wyrębu w celu pozyskania drewna do budowy łodzi, domów i pałaców, nie miały one żadnych szans przetrwania. Już Platon 2500 lat temu zauważył, jak zmienia się krajobraz, pisząc: „to, co pozostało, w porównaniu z tym, co było dawniej, przypomina wyniszczonego chorobą człowieka. Cały tłuszcz i mięso zniszczono, pozostawiając tylko nagi szkielet Ziemi”.

Susze i pożary powodowały, że odbudowa zespołów leśnych w tych rejonach trwała kilka stuleci, nawet na terenach nie eksploatowanych przez człowieka. W tym czasie powstały zespoły zarośli, które stanowią stadium przejściowe w procesie wtórnej sukcesji lasu. Jest to środowisko odporne na suszę i na działanie ognia. Często można zobaczyć, jak po gwałtownym pożarze, który spalił na węgiel wszystko aż do gołej ziemi, pozornie martwe krzewy wypuszczają świeże zielone pędy. Nasiona niektórych gatunków wymagają nawet bardzo wysokich temperatur, aby uzyskać zdolność kiełkowania. Innym mechanizmem umożliwiającym roślinom przetrwanie katastrof jest produkcja olbrzymiej liczby nasion. Te z kolei stanowią obfite źródło pożywienia ptaków i ssaków.

Wiele roślin jednorocznych kiełkuje wiosną pomiędzy krzewami, kwitnie, owocuje i ginie zanim zdąży je zabić letni skwar. Rośliny te przyciągają do garrigue niezliczone owady, nic więc dziwnego, że wielki entomolog, Jean-Henri Fabre, tu właśnie przez niemal 40 lat prowadził swe badania. Jednym z najbardziej interesujących odkryć Fabre’a było spostrzeżenie, że samce niektórych ciem lokalizują świeżo przepoczwarczone samice po zapachu, który wyczuwają nawet z bardzo dużych odległości. Doświadczenia swe prowadził na pawicy gruszówce. Proszę sobie wyobrazić mój i Lee zachwyt, kiedy 100 lat później, 50 km od jego domu, całkiem przypadkowo, dokonaliśmy tych samych, co on obserwacji. A oto, co się zdarzyło. W czasie urodzinowego przyjęcia Lee na nasze patio przywędrowała wielka i tłusta, dłuższa od mojego palca zielonkawożółta gąsienica, cala pokryta niebieskimi brodawkami, z których wyrastały pęczki szczecinek. Było to naprawdę piękne zwierzątko i Lee uznała jej pojawienie się za najmilszy urodzinowy prezent. Włożyła gąsienicę do drewnianej skrzynki, żeby przyjrzeć się jej po zakończeniu przyjęcia. Kiedy jednak w kilka godzin później zajrzała do pudła, zobaczyła, że gąsienica otoczyła się podłużnym, jajowatym kokonem i przygotowała do zimowego spoczynku, przeistoczywszy się w poczwarkę. Wiosną, akurat w rocznicę naszego ślubu, kokon opuściła największa i najpiękniejsza ćma, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Jej kremowo obrzeżone skrzydła mieniły się różnymi odcieniami barwy szarej i płowej. Na środku każdego z górnych skrzydeł miała wielkie „oko”, składające się z czarnej otoczki, kremowego pierścienia i błękitnego środka z białymi i czerwonymi plamkami. Podobny wzór znajdował się także na spodnich skrzydłach ćmy. Lee stwierdziła oczywiście, że to najpiękniejszy prezent z okazji rocznicy ślubu. Postanowiła uwolnić ćmę, wystawiła więc wieczorem otwarte pudło na patio. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy następnego dnia zobaczyliśmy w skrzyni dwie ogromne ćmy. Z samicą kopułowa! właśnie samiec, który odnalazł ją tu, zwabiony wydzielanym przez nią zapachem. Wkrótce potem samica złożyła na ściance pudła mnóstwo jaj.
Dwa tygodnie później z 50 jaj wykluły się maleńkie, czarne, czerwonawo owłosione gąsienice. Chętnie jadły liście jabłoni, lecz niestety żadna z nich nie przeżyła.

Fakt, że samce ciem wyczuwają zapach samic i przylatują do nich nieraz z dość odległych miejsc jest niezwykle użyteczny dla przyrodnika. Możemy bowiem posłużyć się dziewiczą samicą (innymi słowy — świeżo oswobodzoną z kokonu) jako „przynętą” i skojarzyć ją z tym samcem, którego sami wybierzemy. Najlepiej zebrać gąsienice i pozwolić im się przeobrazić. Płeć poczwarek niektórych gatunków można łatwo rozpoznać: samce mają na końcu kokonu dwa małe guzki, podczas gdy samice są ich pozbawione. Świeżo przepoczwarzoną samicę wieczorem umieszczamy w pułapce. Następnego ranka zastaniemy tam wiele samców, zwabionych zapachem samicy. Będziemy więc mogli wybrać dla niej najpiękniejszego partnera, pozostałym zaś zwrócimy wolność.

Do obserwcji niezwykle interesującego zachowania się ciem najlepiej nadają się gatunki dzienne, takie jak np. barczatka dębówka lub pawica grabówka, obie bardzo piękne. Samice tych ciem wysyłają swe sygnały zapachowe po południu, możemy więc zaobserwować, jak przylatują samce. W tym celu umieszczamy młodą samicę w dużym worku z gazy i zawieszamy w tym samym miejscu, w którym znaleźliśmy jej gąsienicę. Siadamy w pobliżu i spokojnie czekamy, aż pojawią się samce. Zwróćmy uwagę, jak ćmy reagują wzajemnie na swoją obecność. Możemy nawet schwytać kilka samców i oznakować je małymi plamkami szybko schnącego korektora maszynowego, a następnie przenieść (z wiatrem), aby przekonać się, z jakiej odległości wyczują zapach samicy i ile czasu potrzebują, żeby do niej powrócić. To właśnie dzięki takim doświadczeniom Fabre zdołał wyjaśnić niektóre fascynujące tajemnice zachowania owadów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *